Prolog – czyli Cody leci do USA

Prolog – Czyli Cody leci do USA

Data: 2.09-25.09.2005
Miejsce: Warszawa (Okęcie) – Amsterdam (Schiphol) – Atlanta (Hartsfield-Jackson International Airport) i z powrotem + Fort Rucker (Alabama), Panama City Beach (Floryda)
Występują: Cody i Azillka


Wstęp
Chronologicznie ten raport powinien pokazać się jako pierwszy ale jego pisanie zostało opóźnione w czasie. Była to podróż bardziej osobista niż turystyczna lecz skupię się na tym drugim aspekcie. Ze zdjęciami też będzie biednie gdyż ja swoje straciłem podczas awarii dysku a Azillka znaleźć nie może u siebie i zostaje mi tylko jeden skan, z wywołanych, nadający się do dalszej publikacji. Możliwe, że wspomogę się zdjęciami Google i Wiki.

Lubin/ Kraków
Gdy już okazało się, że to ja polecę do stanów a nie Azillka do Polski z powodu zgubionego paszportu zacząłem dzielnie studiować stronę konsulatu USA w celu obadania: Jak zdobyć wizę turystyczną do kraju kukurydzy. Po wypełnieniu wszelkich wniosków i umówienia się na rozmowę z konsulem wybrałem się pociągiem do Krakowa, który poprzez tą wizytę uzyskał u mnie miano „Małej alei róż”, z powodu nastroju, pogody i piosenki lecącej z odtwarzacza MP3. Było po prostu idealnie. Tego uczucia gdy wychodziłem wtedy z pociągu nie zapomnę nigdy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ten dzień pośrednio przewróci moje życie do góry nogami.
Od 6 rano (czyli od przyjazdu) do 8:55 (godziny ustalonej na moją rozmowę z konsulem) miałem czas aby zobaczyć budzący się do życie Kraków i rynek bez turystów(!). Rzuciłem okiem na mapę, znalazłem konsulat i poszedłem na gorącą czekoladę (z racji, że kawy nie pijam). Postanowiłem na godzinę wcześniej pójść już pod budynek z wielką flagą w biało-czerwone paski z gwiazdkami, gdy okazało się… że nie mogę tam trafić! Z piętnaście minut krążyłem po rynku nie dając za wygraną. W końcu się poddałem i zapytałem o drogę.
Na miejscu tłum ludzi i policja z groźnie wyglądającą bronią. Poczekałem aż wywołali ludzi na 8:55, szybkie sprawdzenie papierów i można wchodzić. Sam proces przebiegł zwinnie, troszkę lepiej niż misja pokojowa w Iraku. Zaproszenie miałem od wojskowych więc pan urzędnik dość przychylnie na mnie patrzył. Wreszcie zabrał mój paszport, podziękował i odesłał do stoiska, jakby DHL, gdzie wypełniłem kwitek co by mi paszport oddali. Ale czy dostałem wizę? Jeśli tak to na ile? Było 99% na to, ze jednak wkleją mi tą naklejkę.
Zakładając, że jednak prawo wstępu dostanę udałem się do kafejki aby poinformować zainteresowanych na IRCu (większość i tak już pewnie nie wie co to) ludzi o przebiegu zdarzeń. W ramach świętowania udałem się na, powoli zapełniający się, rynek i zamówiłem Martini. Jeszcze tylko coś zjeść, szybki spacer na Wawel i na pociąg.
W domu oczekiwałem już tylko kuriera z moim paszportem. Gdy się wreszcie doczekałem, z wizą na 12 miesięcy, rozpocząłem poszukiwania najtańszego biletu do Atlanty (GA) lub Dothan (AL). Po znalezieniu najtańszej opcji, którą był holenderski KLM, została jeszcze opcja gdzie lecieć: Atlanta – 340km od miejsca docelowego czyli Fort Rucker czy Dothan – 40km. Różnica 600PLN spowodowała, że wybór padł na Atlantę.
Będąc na Woodstocku w Kostrzynie nad Odrą odebrałem telefon, że bilet został wysłany do mnie. Wybrałem papierowy, gdyż nie wierzyłem jeszcze w te cuda typu „bilet elektroniczny”.
W końcu przyszedł bilet i stał się faktem: Cody leci do Stanów Zjednoczonych Ameryki

Warszawa

Na samolot udałem się przez Piłę i Poznań. Z tego powodu, że z Poznania wyjeżdżał pociąg najpóźniej a samolot miałem o 06:40. W Pile zatrzymałem się u rodzinki a stamtąd znalazł się transport do Poznania z którego korzystając z PKP przetransportowałem się do Wa-wy.
Na miejscu wziąłem taksówkę i pojechałem na lotnisko na którym czekała mnie nocka. Nie wiedziałem, że po 4 latach będzie to mój sposób na spanie w różnych krajach Europy. Noc w sumie spokojna. Skupiłem się bardziej na czytaniu i pilnowaniu bagażu. Szybkie spanie i czas na odprawę.
Kazali być 2 godziny przed (bo to podróż międzykontynentalna) a check-in otworzyli na godzinę przed. Fakt był taki, że domyślnie to ten samolot leciał do Amsterdamu w którym miałem przesiadkę. Przejście przez kontrolę bezpieczeństwa i paszportową i czekanie przed gate-em na samolot.
W końcu rozpoczął się boarding na pokład naszego Boeinga 737. Lot spokojny jak na pierwszy w życiu. Rozmowa z współpasażerem lecącym do Chicago, śniadanie rozdane… i lądowanie.

Amsterdam
Po wylądowaniu pierwszy raz w życiu widziałem takie i tyle samolotów. A najbardziej podobało mi się porównanie naszego 737 do kołującego obok 747-400. Jak maluch z TIRem. Opuszczenie samolotu odbyło się w Concourse B (coś w deseń terminala). Spoglądnąłem się na kartę pokładową na której miałem napisane, ze samolot do ATL będzie z Concourse F. Jakoś mnie nic nie natchnęło aby sprawdzić i potwierdzić dane z tymi wyświetlonymi na monitorach. 20 minut spaceru, znalazłem gate a tam… pusto! Wniosek? Coś poszło źle! W końcu ktoś poradził mi abym zobaczył na monitorze gdzie się schował samolocik i wyszło na to, że będzie z concourse C! W tył zwrot i rura bo na przesiadkę było tylko 1:10h! Po drodzę omal nie straciłem zębów poprzez nagłą utratę prędkości podczas zbiegania z ruchomych platform(?) (jakby schodów ale w poziomie) dla leniwych. Na szczęście wszystko przebiegło dobrze i udało mi się zająć moje miejsce przy oknie w Boeingu 767. Na pokładzie w cenie biletu śniadanie, obiad, przekąski, alkohol i napoje. Jak na pierwszą podróż lotniczą w życiu to taki lekki szok.
Na szczęście trafił nam się pilot z poczuciem humoru który od czasu do czasu mówił pasażerom co można zobaczyć za oknem, a trasa była wyświetlana na monitorach, co w przełożeniu na polski wyglądało mniej więcej tak:
„Po lewej mogą państwo zobaczyć Londyn… po prawej mamy Manchester… po lewej widać Dublin… a teraz proszę państwa, po prawej i po lewej, przez następne 5 godzin możecie obserwować Ocean Atlantycki”
A przed samym lądowaniem, gdy samolot nabrał mocy i odszedł na drugi krąg skwitował to: „Przepraszamy ale kontrola lotów rozmyśliła się co do naszej zgody na lądowanie”.

Atlanta
Po wyjściu z samolotu w Atlancie było trzeba oczywiście poczekać na wbicie „wizy właściwej”. Spotkałem tam pewnego młodego francuza który, o dziwo mówił po angielsku oraz, jak się okazało pochłonął chyba wszelkie książki na temat USA i dawał cenne rady. Sprawdzenie zdjęć, odcisków palców i kilka pytań, na przykład: „Czy wwozi pan jakąś amunicję?”, i można powiedzieć, że jest się w stanach. Można powiedzieć, bo później setki kontroli różnego pokroju, to Ci oddają bagaż, to Ci znów zabierają.. W końcu wchodzisz po schodach i widzisz seeetki ludzi. Darowałem sobie szukanie Azillki bo wiedziałem, że na nadaremne ale wreszcie ona znalazła mnie.
Jeszcze tylko odbiór bagażu i można iść na parking. Wychodząc z terminala doznałem szoku jakbym co najmniej się ze ścianą zderzył. Z klimatyzowanej hali przylotów wyszliśmy na dwór gdzie temperatura przekraczała 30°C a wilgotność taka, że powietrze można nożem kroić. Nie odczułem szczególnie zmiany czasu czyli tak zwanego Jet-lag’u więc obserwowałem sobie ten dziwny kraj z Hondy na międzystanowej. Swoją droga to chyba był najmniejszy samochód w stanie. Skromna pojemność 1.6 przy amerykańskich krążownikach to jak maluch z Audi A8. No i kryzys paliwowy po huraganie Katrina, czyli litr benzyny za jakieś 2,50zł ($3/gal.). Oglądając później CNN dowiedziałem się, że dwa lata wcześniej kosztowało $1.20/gal. Normalnie masakra jakaś (1 galon = 3.79l).
Droga w sumie przebiegła sprawnie bo w około 3 godziny byliśmy na miejscu. Po drodze można było zauważyć, że naprawdę dziwni ludzie tu żyją bo to co u nas niektórzy mają napisane na ramkach od tablic rejestracyjnych jest niczym w porównaniu jaki szyldy i bilbordy ludzie mają na samochodach. Z bardziej zapadających w pamięć to był napis na całą szybę tylnią pick-up’a: „I love my wife” i naklejka na innym „I believe!” Im bardziej na południe tym bardziej przypomina to piosenkę „Rednex – Cotton eye Joe”. Coraz bardziej mi się podoba! Na trasie co chwile rozjechane jakieś pancerniki, roztrzaskane opony i od czasu do czasu porzucone auta.
Trzeba przyznać, że mają prosty sposób na utrzymanie czystości na autostradach. Co kilka kilometrów pojawia się znak, że wyrzucanie śmieci za okno grozi mandatem od $500 do $1500. Za taki mandat to bym chyba zębami papierki z pobocza zbierał. Z tego co mi wiadomo przepis ten jest dość restrykcyjnie przestrzegany. Ciekawy i zapamiętany przeze mnie także znak to: Click it Or ticket” nawołujący do zapinania pasów.
W końcu pojawia się znak „Welcome to Alabama – the beautiful” oraz informacja o zmianie czasu -1 godzinę. Coraz bliżej celu..

Sweet home Alabama

Sweet home Alabama

Click it or ticket

Click it or ticket

Fort Rucker
Wjazd na jednostkę wygląda jak bramki na autostradzie, tyle tylko, że trzeba wcześniej zrobić mały slalom pomiędzy betonowymi murkami. Rzut oka na dowód (jedyny dokument gdzie jest coś napisane po angielsku), miłe słowo i jesteśmy. Podobno przed 9/11 można było ot tak sobie wjechać bez niczego.
Gdy się jedzie w gości, wypadałoby przywieźć jakiś prezent. Wybór padł na naszą Żubrówkę. Przyglądali jej się ciekawie, zwłaszcza trawce. Naturalnie musiało paść pytanie czy od tego zielska testy na obecność narkotyków nic nie wykażą. Dziwny naród. No i z dość słabymi głowami. Ale pokazaliśmy im jak się robi wściekłe psy i oczywiście jak smakuje polska wódka!
Życie na jednostce jest dość ciekawe. Wielkością przerasta Lubin i ma z 6.000 mieszkańców. W tym oczywiście pełno cywilów. Co dzień rano trąbią, soldaty biegają na zaprawach a z bagien wyłażą aligatory. Naturalnie jest basen, siłownia, sala gimnastyczna na której graliśmy w siatkówkę i Racquetball (wyjątkowo bolesny sport, szczególnie pierwszym razem), boiska do Baseballu i footballu i w cholerę pasów startowych. Domyślnie także pełno latających cały dzień helikopterów pokroju AH-64 Apache. Generalnie idzie się przyzwyczaić.

A to koszary w których mieszkałem!

A to "koszary" w których mieszkałem!

Najciekawszą sprawą była ilość ludzi na ulicach. Po tymi co musieli, pieszego nie uraczyłem prawie żadnego. Odcinek 200m pokonuje się samochodem. Jak to Azillka przełożyła cytat J.L. Wiśniewskiego z książki „S@motność w sieci” który brzmiał: „Brak klimatyzacji w samochodzie w USA jest symbolem biedy” to w Alabamie „Brak klimatyzacji oznacza śmierć”. Optymistycznie. Ale faktycznie, na dworze, we wrześniu nie idzie wytrzymać!
Nie inaczej jest z Florydą..

Panama City Beach
Z Ft Rucker nad zatokę Meksykańską jest około 160km. Najbliższa wypoczynkowa miejscowość to właśnie Panama City Beach. Czyli wypoczynkowa część miasta Panama City. Plaża czysta i piaszczysta, woda cieplutka i tak czysta, że wchodząc po szyje można doglądać muszli na dnie. Na mieście palmy i dużo hoteli. Ale prawie żadnego ludzia! Te wszystkie filmy pokazujące pełne plaże to chyba są w grudniu kręcone. Na plaży do godziny 17:00 prawie nikogo. Zachód słońca około 19:00 i pojawiają się jacyś ludzie. Tak to tylko sklepy i KFC. Generalnie godziny są podane bardziej ogólnikowo gdyż między Alabamą a Florydą jest znów 1 godzina różnicy mimo, że leżą na tej samej długości geograficznej. Ale już wspominałem, że to dziwny kraj.

Jak zobaczyłem tą mini-tablicę w sklepie to stwierdziłem, że muszę ją mieć!

Jak zobaczyłem tą mini-tablicę w sklepie to stwierdziłem, że muszę ją mieć!

Czy wiecie, że… Wjeżdżając na teren Florydy sklepy reklamują się, że sprzedają alkohol w niedziele bo w Alabamie jest zakaz? Pomyśl jak się można poczuć widząc pełne lady piwa na półce w Wal-Mart i nie móc ich kupić. Za to można kupić broń w dziale obok. W sumie to mi i tak wszystko jedno był, gdyż byłem wtedy jeszcze “under-age”.

Jedyne moje zdjęcie nadające się do tej publikacji.

Jedyne moje zdjęcie nadające się do tej publikacji.

Widok na plażę w PCB

Widok na plażę w PCB

Niestety wszystko co dobre (a to wszystko było dobre) szybko się kończy..

Czas wracać do ojczyzny.
Na lotnisku byłem jakieś 3 godziny wcześniej, odprawiłem się na stanowisku Northwest Airlines gdyż należą do tego samego sojuszu co KLM, nie robili żadnych problemów a ja nie musiałem czekać w kolejce do właściwego. Przy sprawdzeniu paszportu przy wylocie pani tylko się uśmiechnęła i moje zdjęcie w paszporcie, na którym mam 15 lat, skwitowała krótkim „Quite”.

Georgia wita.. Alabama żegna!

Georgia wita.. Alabama żegna!

Z perspektywy kierowcy nie wygląda to tak strasznie. Zjazd z międzystanowej 85 na lotnisko w Atlancie.

Z perspektywy kierowcy nie wygląda to tak strasznie. Zjazd z międzystanowej 85 na lotnisko w Atlancie.

Siedząc przed Gate’m starałem się zgadnąć, w jakim języku mówi pan siedzący do mnie plecami i rozmawia przez telefon. Jakie było moje zaskoczenie, gdy się okazało, że ten nieznany język to Polski. Trzy tygodnie z jedną, mówiącą po polsku osoba potrafi przesterować mózg.
W samolocie po wystartowaniu na tyle samolotu zebrała się grupka około siedmiu ludzi przeróżnych narodowości do których i ja dołączyłem. Reszta samolotu głównie spała, ponieważ był to lot nocny. Prowadząc rozmowy na wszelkie tematy te 8 godzin lotu nie dłużyło się, aż tak bardzo.
W Amsterdamie już sprawniejsza przesiadka i lecę do Warszawy pełnym samolotem.
Będąc już na dworcu Centralnym nie da się nie zauważyć, ze jest się w Polsce. Oczekiwałem na pociąg do Wrocławia do którego pierw musiałem wrzucić bagaże przez okno a później samemu się załadować. Studenci postanowili wrócić z wakacji. Umówili się na jeden dzień na jakimś forum, czy co? Pomijam już fakt, że podróż 400km przez Polskę tra tyle co lot do stanów z przesiadką ale już zdążyłem się przyzwyczaić. Konduktor sprawdzający bilety przed Wrocławiem, skwitował tylko: „O Boże, Pan aż z Warszawy jedzie?”. Żeby wiedział skąd wracam to pewnie bardziej by się zdziwił ale tylko przytaknąłem. Ciekawe tylko, czy jego pytanie było dyskretnym wyrazem współczucia, że muszę podróżować przez kraj naszymi pięknymi kolejami.
Z Wrocławia odebrała mnie mamuśka i ostatecznie w swoje urodziny, 23 godziny spędziłem w podróży. Ale było warto.

Niewątpliwie wrócę do stanów, żeby choćby polatać w jakiejś szkole lotniczej i zwiedzić więcej kraju.
Za wszelkie nieścisłości i błędy przepraszam, ale pisałem to 4,5 roku po wizycie.

This entry was posted in Podróże and tagged , , , , . Bookmark the permalink.

3 Komentarzy Prolog – czyli Cody leci do USA

  1. Koleżanka z Woodstock'u ;) says:

    Witam!
    Podróże naprawdę ciekawe, trochę takie szalone i na spontanie. W szczególności ta wycieczka do USA samemu! Nie wiem czy bym się zdecydowała… Pewnie tak, no ale i tak wielki plus za odwagę i niezależność! :)

    Polecam Ci taka stronę http://www.couchsurfing.org/ możesz tu założyć sobie profil, odwiedzać ludzi na całym świecie i spać u nich za free! Oczywiście Ty w zamian też musisz “podzielić” się noclegiem. Fajna sprawa u mnie już 2 razy gościli ludzie(moja siostra ma tam konto) i żyjemy, nie okradli nas, ani nie zgwałcili jest ok :D!

    Pozdrawiam!

  2. domelka says:

    kurcze… też tak chcę! -.-
    aaa ja wiem co to IRC ;-D

  3. Klaudia says:

    haha tez cię zawoziłysmy na ten pociag do Krakowa ;p i byłyśmy jak wize dostaleś haha no nie powiem cieszyłeś się jak dziecko !! ale co jak co to i tak Ci zazdroszcze że tam byleś hihi ciekawe kiedy nas tam zabierzesz ;p haha oczywiście bilety stawiasz Ty hahaha … do zobaczenia już za pare dni napewno nie możesz już się doczekac hah

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>