Krótka notka..

Dawno nie pisałem więc nadszedł czas na kilka słów.
Jestem już w trakcie opisywania wypadu do Brukseli z czerwca 2009. Czyli o tym jak uczyłem znajomego kupować bilety i w efekcie polecieliśmy do stolicy europy. W sumie moja nieobecność była spowodowana kolejnymi podróżami które się tutaj znajdą a mianowicie:
Wrocław – Oslo – Katowice
Wrocław – Rzym – Wrocław
Wrocław – Frankfurt Hahn – Palma de Mallorca – Bruksela Chareleroi – Wrocław
Wrocław – Alicante – Wrocław

Dopiero 25 lutego a już na koncie 10 lotów. Rok zapowiada się obiecująco. Priorytetem teraz jest znalezienie tanich biletów do Miami lub w te okolice na zimę. Trzeba sobie czasem dogodzić.

Tym czasem pozdrawiam i zabieram się do dalszego pisania.

Cody

2 komentarzy »

Prolog – czyli Cody leci do USA

Prolog – Czyli Cody leci do USA

Data: 2.09-25.09.2005

Miejsce: Warszawa (Okęcie) – Amsterdam (Schiphol) – Atlanta (Hartsfield-Jackson International Airport) i z powrotem + Fort Rucker (Alabama), Panama City Beach (Floryda)

Występują: Cody i Azillka
 
 

Wstęp
Chronologicznie ten raport powinien pokazać się jako pierwszy ale jego pisanie zostało opóźnione w czasie. Była to podróż bardziej osobista niż turystyczna lecz skupię się na tym drugim aspekcie. Ze zdjęciami też będzie biednie gdyż ja swoje straciłem podczas awarii dysku a Azillka znaleźć nie może u siebie i zostaje mi tylko jeden skan, z wywołanych, nadający się do dalszej publikacji. Możliwe, że wspomogę się zdjęciami Google i Wiki.
 
 

Lubin/ Kraków
Gdy już okazało się, że to ja polecę do stanów a nie Azillka do Polski z powodu zgubionego paszportu zacząłem dzielnie studiować stronę konsulatu USA w celu obadania: Jak zdobyć wizę turystyczną do kraju kukurydzy. Po wypełnieniu wszelkich wniosków i umówienia się na rozmowę z konsulem wybrałem się pociągiem do Krakowa, który poprzez tą wizytę uzyskał u mnie miano „Małej alei róż”, z powodu nastroju, pogody i piosenki lecącej z odtwarzacza MP3. Było po prostu idealnie. Tego uczucia gdy wychodziłem wtedy z pociągu nie zapomnę nigdy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ten dzień pośrednio przewróci moje życie do góry nogami.
Od 6 rano (czyli od przyjazdu) do 8:55 (godziny ustalonej na moją rozmowę z konsulem) miałem czas aby zobaczyć budzący się do życie Kraków i rynek bez turystów(!). Rzuciłem okiem na mapę, znalazłem konsulat i poszedłem na gorącą czekoladę (z racji, że kawy nie pijam). Postanowiłem na godzinę wcześniej pójść już pod budynek z wielką flagą w biało-czerwone paski z gwiazdkami, gdy okazało się… że nie mogę tam trafić! Z piętnaście minut krążyłem po rynku nie dając za wygraną. W końcu się poddałem i zapytałem o drogę.
Na miejscu tłum ludzi i policja z groźnie wyglądającą bronią. Poczekałem aż wywołali ludzi na 8:55, szybkie sprawdzenie papierów i można wchodzić. Sam proces przebiegł zwinnie, troszkę lepiej niż misja pokojowa w Iraku. Zaproszenie miałem od wojskowych więc pan urzędnik dość przychylnie na mnie patrzył. Wreszcie zabrał mój paszport, podziękował i odesłał do stoiska, jakby DHL, gdzie wypełniłem kwitek co by mi paszport oddali. Ale czy dostałem wizę? Jeśli tak to na ile? Było 99% na to, ze jednak wkleją mi tą naklejkę.
Zakładając, że jednak prawo wstępu dostanę udałem się do kafejki aby poinformować zainteresowanych na IRCu (większość i tak już pewnie nie wie co to) ludzi o przebiegu zdarzeń. W ramach świętowania udałem się na, powoli zapełniający się, rynek i zamówiłem Martini. Jeszcze tylko coś zjeść, szybki spacer na Wawel i na pociąg.
W domu oczekiwałem już tylko kuriera z moim paszportem. Gdy się wreszcie doczekałem, z wizą na 12 miesięcy, rozpocząłem poszukiwania najtańszego biletu do Atlanty (GA) lub Dothan (AL). Po znalezieniu najtańszej opcji, którą był holenderski KLM, została jeszcze opcja gdzie lecieć: Atlanta – 340km od miejsca docelowego czyli Fort Rucker czy Dothan – 40km. Różnica 600PLN spowodowała, że wybór padł na Atlantę.
Będąc na Woodstocku w Kostrzynie nad Odrą odebrałem telefon, że bilet został wysłany do mnie. Wybrałem papierowy, gdyż nie wierzyłem jeszcze w te cuda typu „bilet elektroniczny”.
W końcu przyszedł bilet i stał się faktem: Cody leci do Stanów Zjednoczonych Ameryki
 
 

Warszawa

Na samolot udałem się przez Piłę i Poznań. Z tego powodu, że z Poznania wyjeżdżał pociąg najpóźniej a samolot miałem o 06:40. W Pile zatrzymałem się u rodzinki a stamtąd znalazł się transport do Poznania z którego korzystając z PKP przetransportowałem się do Wa-wy.
Na miejscu wziąłem taksówkę i pojechałem na lotnisko na którym czekała mnie nocka. Nie wiedziałem, że po 4 latach będzie to mój sposób na spanie w różnych krajach Europy. Noc w sumie spokojna. Skupiłem się bardziej na czytaniu i pilnowaniu bagażu. Szybkie spanie i czas na odprawę.
Kazali być 2 godziny przed (bo to podróż międzykontynentalna) a check-in otworzyli na godzinę przed. Fakt był taki, że domyślnie to ten samolot leciał do Amsterdamu w którym miałem przesiadkę. Przejście przez kontrolę bezpieczeństwa i paszportową i czekanie przed gate-em na samolot.
W końcu rozpoczął się boarding na pokład naszego Boeinga 737. Lot spokojny jak na pierwszy w życiu. Rozmowa z współpasażerem lecącym do Chicago, śniadanie rozdane… i lądowanie.
 
 

Amsterdam
Po wylądowaniu pierwszy raz w życiu widziałem takie i tyle samolotów. A najbardziej podobało mi się porównanie naszego 737 do kołującego obok 747-400. Jak maluch z TIRem. Opuszczenie samolotu odbyło się w Concourse B (coś w deseń terminala). Spoglądnąłem się na kartę pokładową na której miałem napisane, ze samolot do ATL będzie z Concourse F. Jakoś mnie nic nie natchnęło aby sprawdzić i potwierdzić dane z tymi wyświetlonymi na monitorach. 20 minut spaceru, znalazłem gate a tam… pusto! Wniosek? Coś poszło źle! W końcu ktoś poradził mi abym zobaczył na monitorze gdzie się schował samolocik i wyszło na to, że będzie z concourse C! W tył zwrot i rura bo na przesiadkę było tylko 1:10h! Po drodzę omal nie straciłem zębów poprzez nagłą utratę prędkości podczas zbiegania z ruchomych platform(?) (jakby schodów ale w poziomie) dla leniwych. Na szczęście wszystko przebiegło dobrze i udało mi się zająć moje miejsce przy oknie w Boeingu 767. Na pokładzie w cenie biletu śniadanie, obiad, przekąski, alkohol i napoje. Jak na pierwszą podróż lotniczą w życiu to taki lekki szok.
Na szczęście trafił nam się pilot z poczuciem humoru który od czasu do czasu mówił pasażerom co można zobaczyć za oknem, a trasa była wyświetlana na monitorach, co w przełożeniu na polski wyglądało mniej więcej tak:
„Po lewej mogą państwo zobaczyć Londyn… po prawej mamy Manchester… po lewej widać Dublin… a teraz proszę państwa, po prawej i po lewej, przez następne 5 godzin możecie obserwować Ocean Atlantycki”
A przed samym lądowaniem, gdy samolot nabrał mocy i odszedł na drugi krąg skwitował to: „Przepraszamy ale kontrola lotów rozmyśliła się co do naszej zgody na lądowanie”.
 
 

Atlanta
Po wyjściu z samolotu w Atlancie było trzeba oczywiście poczekać na wbicie „wizy właściwej”. Spotkałem tam pewnego młodego francuza który, o dziwo mówił po angielsku oraz, jak się okazało pochłonął chyba wszelkie książki na temat USA i dawał cenne rady. Sprawdzenie zdjęć, odcisków palców i kilka pytań, na przykład: „Czy wwozi pan jakąś amunicję?”, i można powiedzieć, że jest się w stanach. Można powiedzieć, bo później setki kontroli różnego pokroju, to Ci oddają bagaż, to Ci znów zabierają.. W końcu wchodzisz po schodach i widzisz seeetki ludzi. Darowałem sobie szukanie Azillki bo wiedziałem, że na nadaremne ale wreszcie ona znalazła mnie.
Jeszcze tylko odbiór bagażu i można iść na parking. Wychodząc z terminala doznałem szoku jakbym co najmniej się ze ścianą zderzył. Z klimatyzowanej hali przylotów wyszliśmy na dwór gdzie temperatura przekraczała 30°C a wilgotność taka, że powietrze można nożem kroić. Nie odczułem szczególnie zmiany czasu czyli tak zwanego Jet-lag’u więc obserwowałem sobie ten dziwny kraj z Hondy na międzystanowej. Swoją droga to chyba był najmniejszy samochód w stanie. Skromna pojemność 1.6 przy amerykańskich krążownikach to jak maluch z Audi A8. No i kryzys paliwowy po huraganie Katrina, czyli litr benzyny za jakieś 2,50zł ($3/gal.). Oglądając później CNN dowiedziałem się, że dwa lata wcześniej kosztowało $1.20/gal. Normalnie masakra jakaś (1 galon = 3.79l).
Droga w sumie przebiegła sprawnie bo w około 3 godziny byliśmy na miejscu. Po drodze można było zauważyć, że naprawdę dziwni ludzie tu żyją bo to co u nas niektórzy mają napisane na ramkach od tablic rejestracyjnych jest niczym w porównaniu jaki szyldy i bilbordy ludzie mają na samochodach. Z bardziej zapadających w pamięć to był napis na całą szybę tylnią pick-up’a: „I love my wife” i naklejka na innym „I believe!” Im bardziej na południe tym bardziej przypomina to piosenkę „Rednex – Cotton eye Joe”. Coraz bardziej mi się podoba! Na trasie co chwile rozjechane jakieś pancerniki, roztrzaskane opony i od czasu do czasu porzucone auta.
Trzeba przyznać, że mają prosty sposób na utrzymanie czystości na autostradach. Co kilka kilometrów pojawia się znak, że wyrzucanie śmieci za okno grozi mandatem od $500 do $1500. Za taki mandat to bym chyba zębami papierki z pobocza zbierał. Z tego co mi wiadomo przepis ten jest dość restrykcyjnie przestrzegany. Ciekawy i zapamiętany przeze mnie także znak to: Click it Or ticket” nawołujący do zapinania pasów.
W końcu pojawia się znak „Welcome to Alabama – the beautiful” oraz informacja o zmianie czasu -1 godzinę. Coraz bliżej celu..

Sweet home Alabama

Sweet home Alabama

Click it or ticket

Click it or ticket


 
 

Fort Rucker
Wjazd na jednostkę wygląda jak bramki na autostradzie, tyle tylko, że trzeba wcześniej zrobić mały slalom pomiędzy betonowymi murkami. Rzut oka na dowód (jedyny dokument gdzie jest coś napisane po angielsku), miłe słowo i jesteśmy. Podobno przed 9/11 można było ot tak sobie wjechać bez niczego.
Gdy się jedzie w gości, wypadałoby przywieźć jakiś prezent. Wybór padł na naszą Żubrówkę. Przyglądali jej się ciekawie, zwłaszcza trawce. Naturalnie musiało paść pytanie czy od tego zielska testy na obecność narkotyków nic nie wykażą. Dziwny naród. No i z dość słabymi głowami. Ale pokazaliśmy im jak się robi wściekłe psy i oczywiście jak smakuje polska wódka!
Życie na jednostce jest dość ciekawe. Wielkością przerasta Lubin i ma z 6.000 mieszkańców. W tym oczywiście pełno cywilów. Co dzień rano trąbią, soldaty biegają na zaprawach a z bagien wyłażą aligatory. Naturalnie jest basen, siłownia, sala gimnastyczna na której graliśmy w siatkówkę i Racquetball (wyjątkowo bolesny sport, szczególnie pierwszym razem), boiska do Baseballu i footballu i w cholerę pasów startowych. Domyślnie także pełno latających cały dzień helikopterów pokroju AH-64 Apache. Generalnie idzie się przyzwyczaić.

A to koszary w których mieszkałem!

A to "koszary" w których mieszkałem!

Najciekawszą sprawą była ilość ludzi na ulicach. Po tymi co musieli, pieszego nie uraczyłem prawie żadnego. Odcinek 200m pokonuje się samochodem. Jak to Azillka przełożyła cytat J.L. Wiśniewskiego z książki „S@motność w sieci” który brzmiał: „Brak klimatyzacji w samochodzie w USA jest symbolem biedy” to w Alabamie „Brak klimatyzacji oznacza śmierć”. Optymistycznie. Ale faktycznie, na dworze, we wrześniu nie idzie wytrzymać!
Nie inaczej jest z Florydą..
 
 

Panama City Beach
Z Ft Rucker nad zatokę Meksykańską jest około 160km. Najbliższa wypoczynkowa miejscowość to właśnie Panama City Beach. Czyli wypoczynkowa część miasta Panama City. Plaża czysta i piaszczysta, woda cieplutka i tak czysta, że wchodząc po szyje można doglądać muszli na dnie. Na mieście palmy i dużo hoteli. Ale prawie żadnego ludzia! Te wszystkie filmy pokazujące pełne plaże to chyba są w grudniu kręcone. Na plaży do godziny 17:00 prawie nikogo. Zachód słońca około 19:00 i pojawiają się jacyś ludzie. Tak to tylko sklepy i KFC. Generalnie godziny są podane bardziej ogólnikowo gdyż między Alabamą a Florydą jest znów 1 godzina różnicy mimo, że leżą na tej samej długości geograficznej. Ale już wspominałem, że to dziwny kraj.

Jak zobaczyłem tą mini-tablicę w sklepie to stwierdziłem, że muszę ją mieć!

Jak zobaczyłem tą mini-tablicę w sklepie to stwierdziłem, że muszę ją mieć!

Czy wiecie, że… Wjeżdżając na teren Florydy sklepy reklamują się, że sprzedają alkohol w niedziele bo w Alabamie jest zakaz? Pomyśl jak się można poczuć widząc pełne lady piwa na półce w Wal-Mart i nie móc ich kupić. Za to można kupić broń w dziale obok. W sumie to mi i tak wszystko jedno był, gdyż byłem wtedy jeszcze “under-age”.

Jedyne moje zdjęcie nadające się do tej publikacji.

Jedyne moje zdjęcie nadające się do tej publikacji.


Widok na plażę w PCB

Widok na plażę w PCB

Niestety wszystko co dobre (a to wszystko było dobre) szybko się kończy..
 
 

Czas wracać do ojczyzny.
Na lotnisku byłem jakieś 3 godziny wcześniej, odprawiłem się na stanowisku Northwest Airlines gdyż należą do tego samego sojuszu co KLM, nie robili żadnych problemów a ja nie musiałem czekać w kolejce do właściwego. Przy sprawdzeniu paszportu przy wylocie pani tylko się uśmiechnęła i moje zdjęcie w paszporcie, na którym mam 15 lat, skwitowała krótkim „Quite”.

Georgia wita.. Alabama żegna!

Georgia wita.. Alabama żegna!

Z perspektywy kierowcy nie wygląda to tak strasznie. Zjazd z międzystanowej 85 na lotnisko w Atlancie.

Z perspektywy kierowcy nie wygląda to tak strasznie. Zjazd z międzystanowej 85 na lotnisko w Atlancie.

Siedząc przed Gate’m starałem się zgadnąć, w jakim języku mówi pan siedzący do mnie plecami i rozmawia przez telefon. Jakie było moje zaskoczenie, gdy się okazało, że ten nieznany język to Polski. Trzy tygodnie z jedną, mówiącą po polsku osoba potrafi przesterować mózg.
W samolocie po wystartowaniu na tyle samolotu zebrała się grupka około siedmiu ludzi przeróżnych narodowości do których i ja dołączyłem. Reszta samolotu głównie spała, ponieważ był to lot nocny. Prowadząc rozmowy na wszelkie tematy te 8 godzin lotu nie dłużyło się, aż tak bardzo.
W Amsterdamie już sprawniejsza przesiadka i lecę do Warszawy pełnym samolotem.
Będąc już na dworcu Centralnym nie da się nie zauważyć, ze jest się w Polsce. Oczekiwałem na pociąg do Wrocławia do którego pierw musiałem wrzucić bagaże przez okno a później samemu się załadować. Studenci postanowili wrócić z wakacji. Umówili się na jeden dzień na jakimś forum, czy co? Pomijam już fakt, że podróż 400km przez Polskę tra tyle co lot do stanów z przesiadką ale już zdążyłem się przyzwyczaić. Konduktor sprawdzający bilety przed Wrocławiem, skwitował tylko: „O Boże, Pan aż z Warszawy jedzie?”. Żeby wiedział skąd wracam to pewnie bardziej by się zdziwił ale tylko przytaknąłem. Ciekawe tylko, czy jego pytanie było dyskretnym wyrazem współczucia, że muszę podróżować przez kraj naszymi pięknymi kolejami.
Z Wrocławia odebrała mnie mamuśka i ostatecznie w swoje urodziny, 23 godziny spędziłem w podróży. Ale było warto.

Niewątpliwie wrócę do stanów, żeby choćby polatać w jakiejś szkole lotniczej i zwiedzić więcej kraju.
Za wszelkie nieścisłości i błędy przepraszam, ale pisałem to 4,5 roku po wizycie.

3 komentarzy »

EuroTrip #2

EuroTrip #2


Data:  27-18.01.2009
Miejsce:  Wrocław – Sztokholm (Skavsta) – Glasgow Prestwick – Wrocław
Występują:  Cody, Madzia, Kuczu, Kamila, Smuti i Jojka


Zaraz po kupnie biletów na pierwszego EuroTripa dostałem telefon z propozycją na kolejne kółko. W sumie za jakieś 40zł. Więc kupiliśmy 4 bilety. O dziwo znalazły się jeszcze dwie osoby, które były gotowe zaryzykować i powędrować nieprzetartymi ścieżkami. Zakupiliśmy kolejne dwa bilety po… 19zł. W tym momencie stwierdziłem, że przepłaciliśmy!

Copernicus Airport Wroclaw
Tym razem ekipą całą wybraliśmy się z rodzimego Lubina do Wrocławia busem a później miejskim wynalazkiem na Strachowice. Oczywiście nie mogło się obyć bez osobistych utrudnień jakim był telefon mojego kierownika z zapytaniem czemu mnie w pracy nie ma mimo, ze sam mi udzielił 2 tygodni urlopu a ja jestem 3 przystanki przed lotniskiem. Ale taki jego urok i w tym miejscu chciałbym go pozdrowić.
Podczas tej wyprawy do ekipy z poprzedniego tripa opisanego wcześniej dołączyły do nas trzy białogłowe. W tym moja lepsza 0,5. Tak się jakoś złożyło, że wszystkie nasze panie miały lecieć samolotem po raz pierwszy. Czyli, jakby znów dziewice. Jak dzieciom w podstawówce było wcześniej trzeba wytłumaczyć co można, czego nie i jak się zachowywać a przede wszystkim jak przeprowadzić desant na dobre miejsca w samolocie.
Kontrola bezpieczeństwa, czyli Panie przodem, a Piloci górą (Zapożyczone od PCM).
Żeby mieć wszystko na oku my, którzy kontrolę mieliśmy w ubiegłym tygodniu 4 razy puściliśmy pani przodem co by wesprzeć je podczas trudnych pytań Straży Granicznej. W każdym bądź razie okazało się, że Kamilka zabrała płyn o pojemności 120ml którym odpowiednie służby musiały się zainteresować. Był to mianowicie płyn do soczewek kontaktowych. O dziwo, pani z SG kazała tylko chlapnąć sobie nim na rękę i puściła bez żadnego ale. W końcu można to podpisać pod medykament którego nie dotyczą słynne restrykcje <100ml.
Samolot tym razem przyleciał o czasie i także o czasie zabrał nas na północ. Do kraju Volvo i Ericssona.

Välkommen till Stockholm Skavsta
Wylądowaliśmy chwilę po 15 na pasie 26. Od razu udaliśmy się na przystanek gdzie przyszło nam czekać około 30 minut na autobus do Nyköping. Gdy przyjechał autobus zostałem wyznaczony na ochotnika do zakupu biletów i pojawił się ów mały problem.. Jak się wymawia nazwę tej miejscowości? Dzielnie wszedłem i poprosiłem o 6 biletów do NYKOPING a uprzejmy kierowca żeby być pewnym o co poprosiłem zapytał czy te bilety mają być do NI#$@#%@. Co mi pozostało jak tylko uśmiechnąć się i powtórzyć tylko nazwę: NYKOPING? Po trzech minutach udało się dostać upragnione bilety z poprawnie napisaną miejscowością. Czyli chyba jedziemy tam gdzie chcemy.
W autobusie mieliśmy wielką przyjemność spotkać panią z Polski która najprawdopodobniej pracuje na lotnisku. W czasie kilkunasto minutowej drogi poinstruowała nas o co chodzi w tym dziwnym kraju i języku i nauczyła wymawiać Ny(i)szoping (mniej więcej). Powiedziała gdzie wysiąść, gdzie później wsiąść i gdzie iść.

Ekipa przed terminalem

Skavsta.

Nyköping to małe, zaledwie 30.000 mieszkańców, miasteczko. Domyślnie poszliśmy szukać jedzenia. Najlepiej typowo szwedzkiego i tak wylądowaliśmy w… kebabie. Choć przyznam za dziwne, że ta takiej malutkiej miejscowości jest nawet McDonald’s i kilka znanych głównie z większych miejscowości sklepów jak na przykład InterSport.
Wracając do kebaba to jakoś nie wpadliśmy na to, że menu może być tylko po szwedzku. Tak jakby u nas budki z hamburgerami miały menu po angielsku. Nie zrażając się, pokazując palcem udało nam się złożyć zamówienie. Pytanie tylko – co dostaniemy?
O dziwo dostaliśmy to co chcieliśmy! Ba, nawet piwo było o dumnie brzmiącej nazwie Blå o zabójczej zawartości alkoholu czyli 2,2%. Kuczu domyślnie chorował więc przez pewną część posiłku siedział dziwnie za głową przechyloną bo sobie uszy zakrapiał. Wyglądała jego poza co najmniej dziwnie. Ale dzisiejsza młodzież jest mało odporna na choroby więc mu wybaczamy. Nawet szczerze nie pamiętam ile za obiad zapłaciliśmy ale stwierdziliśmy, ze przeliczać na złotówki nie będziemy bo z głodu umrzemy.
Następnie udaliśmy się do portu. Szybkie zerknięcie na mapę, zapytanie jakiś przechodniów i w drogę. Po dotarciu do fabryk zdaliśmy sobie sprawę, że cos po drodze poszło nie tak. Na szczęście udało się spotkać jakieś starsze małżeństwo, na około po 70 lat, którzy uświadomili mi, ze mój angielski jest kiepski. Dogadałem się, ale nie przypuszczałem, że tacy ludzie będą tak po angielsku rozmawiać. Zadanie: Poprawić angielski!

Piwo o zabójczej zawartości wody w alkoholu.

Deptaczek w Nyköping

Udało się! Jest port! Kilka nowszych statków, kilka „rupieci” ale mających coś w sobie i ładne, drewniane budynki. Kilka zdjęć, stwierdzenie, że klimat północy a zwłaszcza temperatura nie są nam łaskawe i powrót na autobus z zaliczeniem jakiegoś sklepu. Doszliśmy do wniosku, ze podane nam piwo 2,2% należało do Premium.. Strong tutaj ma 3,2%. I mają Dr. Peppera!
Co mnie zaskoczyło w Szwecji to fakt, ze wystarczy być 20m od pasów i wszystkie samochody się zatrzymują by Cie przepuścić! Dla mnie to był szok.
Z zakupem biletów tym razem nie było problemów.

Architektura portowa Szwecji.

Budyneczki

Na lotnisku mieliśmy jeszcze trochę czasu więc obadaliśmy terminal. Całkiem ładny, dość przestronny i domyślnie drogi. Z piwa zrezygnowaliśmy, zadowoliliśmy się gorącą czekoladą i kawą rozgrywając mały turniej w NFS5 na netbooku.
Kontrola nawet nie zwróciła uwagi na ponad wymiarowy płyn i wszyscy bardzo spokojnie przeszliśmy do strefy non-schengen. Szkocjo! Nadchodzimy!

Glasgow Prestwick Airport

Sam lot przebiegł o dziwo wyjątkowo dobrze. Odkryliśmy, że i Ryanair może być pierwsza klasa. W samolocie było około 80 pasażerów więc miejsca w brud. Na początek teatrzyk bezpieczeństwa i od razu zwracamy uwagę, że jedna ze stewardes ma chyba zły dzień. Nawet nie wiedzieliśmy jak bardzo się mylimy. Była to polka która była chyba trochę zaskoczona taką ilością rodaków na pokładzie, że musiała zapytać swojej koleżanki czy my aby na pewno mówimy po Polsku. Podeszła do nas i w sumie cały lot z przerwami na handel obwoźny spędziła z nami z czego wywiązały się ciekawe rozmowy na wszelkie tematy. Zostaliśmy zaproszeni na tył samolotu gdzie zaserwowała nam herbatkę i kawę. Jak na te linie to było prawie jak bussines class. Przy okazji powiedziała nam gdzie można się udać z lotniska żeby coś zobaczyć.

Kuczu ćwiczy.. two on the left and two on the right…

Kontrola paszportowa była wielce zdziwiona, że na tak krótko przylecieliśmy. Dopiero stwierdzenie „Cheap Tickets” wywołało u nich takie lekko zdziwione „aaaa”.
Wylądowaliśmy w miarę późno więc szybka wizytacja lotniska i do udaliśmy się do baru gdzie na wygodnych sofach spożytkowaliśmy piwo i własne kanapki bo knajpa już była zamykana. Jakiś czas po zamknięciu przyszedł do nas jakiś pan z obsługi lotniska i w naszym narodowym języku (jak to na UK przystało) stwierdził, że w sumie to nie możemy za bardzo tu siedzieć ale żebyśmy spokojnie zjedli, wypili i broń Boże abyśmy się śpieszyli. Tylko aby później przenieść się na ławki.

Lokal w terminalu.

Do spania to one nawet wygodne były. Były tylko dwa małe „ale”. Pierwszy to jakaś pani która bodajże też nocowała ale przed tym prowadziła bardzo długą i głośna rozmowę przez Skype co troszkę zakłócało nam nasze Feng Shui. Kolejną sprawą było to, że już od 5 rano zaczęli schodzić się ludzię i z głośników były nadawane wszelkie komunikaty z ustawioną nieludzko głośnością. I tyle było naszego spania. W barze standardowo znów wyspiarskie śniadanie. W sumie to nawet dobre jedzenie ale nad wyglądem mogli by popracować. Mniejsze porcje przypominają raczej porcję żywnościową dla więźniów w latach ’80.
Szybka toaleta i czas opuścić ciepły.. zakątek.

Tradycji musi stać się zadość! Kuczu odjeżdża!

Hilton to to nie jest..

Smuti wcześniej obadał na Internecie gdzie znajduje się jakaś górka spotterska i tam żeśmy się udali. Generalnie to z większych trafiliśmy tylko na Ryanaira. W oddali stał C-130 Canadian Air Force i na tamtą chwilę to było tyle. Dziewczyny zaczęły się nudzić i postanowiły udać się do wskazanej przez naszą ulubioną stewardesę miejscowości Ayr a my dzielnie czekaliśmy na coś ciekawego. Powoli zaczęli przybywać ludzie. Z reguły starsi ale każdy obowiązkowo z aparatem, lornetką i skanerem. Ciekawe było nawet to, że czasami przyjeżdżała jakaś śmieciarka, choć nie tylko, i siedział tak patrzył na samoloty po czym dalej w drogę. Między czasie wystartował wyżej wymieniony C-130 Herculec Kanadyjczyków.

Ryanair poszedł…

Ryanair przyszedł…

Canadian Air Force

Podszedł do nas jakiś dziadek który nawiązał z nami komunikacje ale jakby jednostronną bo jego anglo-szkoci okazał się dziwnym językiem. Ale gdy poruszył go fakt, że będzie leciał Pilatus PC-12 wytłumaczyliśmy mu, że u siebie na lotnisku, i to aeroklubowym, mamy na co dzień PC-12.

Pilatus PC-12

Następne poruszenie i przybycie większej fali lokalnych zapaleńców wywołała informacja o przylocie Boeinga 747 „Dreamlifter” (i nie mylić z Dreamlinerem). W głowie szybko przeglądnąłem swój katalog z samolotami i stwierdziłem, że nawet nie wiem o czym mówią. Po szybkim naprowadzeniu na dobrą ścieżkę przez Kuczu i Smutiego modliliśmy się aby przyleciał zanim my polecimy.
Modlitwy zostały wysłuchane. Na prostej pojawił sie wielki, robiący wrażenie i strasznie brzydki Dreamlifter!

Wielki skurczybyk!

Podczas naszego wchodzenia na pokład. Foto by Kuczu.

Jako, że widzieliśmy już „wszystko” i czas powrotu zaczął się zbliżać było trzeba udać się w kierunku terminala. Dziewczyny już na nas czekały. Obadanie miejscowych sklepów i czas na udanie się na kontrolę. Ta oczywiście zainteresowała się wymienionym wcześniej płynem i szanowna pani stwierdziła, ze trzeba to wyrzucić Na nic zdały się tłumaczenia i pokazanie jej na kartce obok, że jest opcja aby mogła puścić z tym dalej. Klapki na oczy i dupa zbita. Poszło do kosza a my dalej. Na Prześwietleniu bagażu poręcznego zainteresowana się znów torebką Kamili bo jakiegoś pudru nie umieściła w woreczku. I z powrotem. W końcu się udało i trafiliśmy na druga stronę. Znów zakup Heinekena i w samolot do domku.

Jeszcze tylko rzut okiem na Prestwick! Foto by Kuczu.

Jak na ostatni lot przystało, wszyscy padnięci jak mopsy. Byle do domu.. Jeszcze tylko miejskim na dworzec i busem do Lubina.. Szukać kolejnych biletów.

1 komentarz »

Pierwszy EuroTrip z Ryanair

1st EuroTrip

Data: 20-21.01.2009

Trasa: Wrocław – Weeze (Dusseldorf) – Londyn Stansted – Dublin – Wrocław

Występują:  Cody, Smuti, Kuczu

Zima to na naszym lotnisku czas na zajęcia z teorii co by zdać wymagane przez nasze wyszkolenie KWT czyli Kontrolę Wiedzy Teoretycznej. W skrócie cykl wykładów z wszelkich przedmiotów i tematów lotniczych od meteorologii przez zasady lotu po teoretyczne skoki ze spadochronem. Pewne jest jednocześnie to, że odczuwa się głód latania. I tu z pomocą mi przyszli Kuczu ze Smutim aka Kuba i Dawid. Zostałem zapytany przez telefon czy nie chcę lecieć do Dusseldorfu, Londyn i Dublina. Po zapytaniu o koszty wyszło 10,01 Euro + 1 grosz + 1 pens. Nie ma co się zastanawiać, raz się żyje.

Copernicus Airport Wroclaw

Zaopatrzeni w karty pokładowe drukowane domyślnie w domu udaliśmy się bezpośrednio do kontroli bezpieczeństwa gdzie naturalnie musiałem wyjąć netbooka z plecaka który i tak ledwo się tam mieścił ale nie sądziłem, że wyciąganie wszelkiego sprzętu z plecaka stanie się u mnie tradycją.

Po spoczęciu na ławkach oczekujemy samolotu. Jakie to było dla nas zdziwienie jak się pokazało na tablicy: „Dusseldorf Weeze Delay”. O ile opóźniony? Nikt tego nie wie.. a już na pewno nie służby lotniskowe. Laptop na kolana, szybkie wykupienie 600 minut na hot spoty Plusa i sprawdzamy czy owy samolot wyleciał już z Weeze i okazało się, że nie. Między czasie z głośników poleciała informacja która brzmiała mniej więcej tak: „ Samolo-lo-t li-i-ni-i raj… do-o DUSSELDORFU będ…. Sp… bla bla„. I jak wygląda reakcja polskich pasażerów na informację której nawet nie zrozumieli? Wszyscy (prawie) jak na rozkaz stanęli do kolejki. Nam się nie śpieszyło z prostego powodu: Samolot jeszcze nie wyleciał i start planowany jest za 25 minut co w połączeniu z 1:10h lotu daje trochę czasu na posiedzenie.

Samolot wylądował. Ludzie w kolejce wyglądają jakby ich nogi bolały, ciekawe czemu? Ustawiamy się do kolejki i powoli zaczyna się Boarding tych z priority do.. autobusu. Po czym i my do niego wchodzimy. Czyli po co wydawać było te 3 ojro? Sam lot przebiegł jakoś bez jakiś niespodzianek. Na przelotowej jemy śniadanie złożone ze schabowych Dawida.

Weeze – Flughafen Niederrhein

Mimo opóźnienia wciąż mieliśmy dużo czasy by coś z sobą począć. Lotnisko to leży 500m od granicy niemiecko-holenderskiej po środku niczego. Była idea co by zahaczyć o kraj tulipanów i coffeshopów ale ceny połączeń odstraszyły. Padło na najbliższą miejscowość czyli Weeze. W autobus i pojechaliśmy na podbój tej metropolii. Cel pierwszy: dotrzeć do rynku. Cel osiągnięty. Nie brzydki a wręcz powiedział bym, że całkiem zadbany ryneczek. Tylko pusto. Jak na drodze przez pustynie w Nevadzie. Ale się nie zraziliśmy i postawiliśmy sobie drugi cel: Zjeść coś. Jak na taką miejscowość to knajpek dużo. Kilka pizzerii, kilka pubów i restauracji. Sporo jak na taką wioseczkę. Nastąpił jeden skromny problemik. Na praktycznie każdych drzwiach informacja: „Dienstag Ruchen Tag”. Znaczy się, tak nam się wydawało, że tak pisze i zostało już do końca Ruchen Tagiem. W tłumaczeniu na nasz: We wtorki zamknięte. Pech chciał, że był wtorek. Udało się znaleźć jakiegoś kebaba. Lokal wyglądał raczej na knajpę z przed wprowadzenia stanu wojennego tylko, że był jakiś towar. Lada jak z mięsnego z sosami, surówkami i piwem. Sprzedawczyni typowo PeeReLowska. Jedzenie? Wbrew pozorom bardzo dobre i tanie! To było pozywane zaskoczenie tego lokalu.

 Rynek
Rynek w Weeze.


Terminal w Weeze.


Widok z tarasu.

Wypadało także odwiedzić jakiś market co by poznać kulturę i upodobania tubylców. I jakie było nasze zdziwienie jak na pierwszej półce wyłożone ładnie zostały LECHy i Żywce nasze, Polskie. Ceny? Woda 1,5L 0,85 euro ( na lotnisku 0,5L 3 euro – Kuczu cos o tym wie).

Czas wracać. Znów autobus i jedziemy na lotnisko. Heineken w lotniskowej knajpie. Kuczu zaczyna narzekać na zdrowie – jeszcze nie zdaje sobie sprawy co przez to straci. Kontrola bezpieczeństwa zaczyna się interesować Dawida schabowymi, a zostało ich chyba 8.

Londyn Stansted.

Przylot wieczorem. Obieramy strategię aby znaleźć miejsce jakieś do przenocowania, najlepiej na ławkach. Kuczu narzekający na zdrowie zajmuje pozycję horyzontalną.


Grzeczne dzieci już śpią.

My próbujemy złapać darmowego neta.. nie udaje się, na złość bateria pada. Przejściówki brak ale udaje się pożyczyć od jakiegoś ludka który też planuje spanie na terminalu. Sąsiad, trzeba nawiązać jakieś pozytywne kontakty. Czyli zaczyna się misja: Gniazdko! I jest, za automatem z jakimiś napojami. Podłączam i… nic. Laptop dalej płacze o prąd. Ale idąc tokiem rozumowania, że urządzenie podłączone do prądu działa lepiej, klikam jakiś pstryczek i oto mamy prąd za podatki naszych rodaków którzy wyruszyli na poszukiwania dobrze płatnej pracy. Po dziesięciu minutach zjawiają się dzielne służby porządkowe którym nie podoba się sposób w jaki wykorzystuje gniazdko upchane gdzieś za automatem. Na nic nie zdają się tłumaczenia i negocjacje. Odłączamy i szukamy zajęcia. Pomysł przychodzi szybko, mianowicie trzeba znaleźć jakieś miejsce na spotting. Nie znając topografii okolicy idziemy w prawo od terminala i oczom naszym ukazuje się kładka.. zamknięta! Ale my dzielni podróżnicy postanawiamy to obejść.. dosłownie. Idąc całkowicie na około przez jakieś krzaki, górki i polany znajdujemy tunel gdzie wjeżdża ten cały Stansted Express, czyli można bezpiecznie przejść gdzieś w okolice cargo. Przechodząc prze parking, będąc już blisko płotu i wieży nadciąga do nas nie ubłaganie jak okres u kobiety, facet który pokazuje jakąś odznakę. Twierdzi, że tu raczej nie można zwiedzać i byłby wdzięczny jakbyśmy sobie stąd poszli. Jako, że nie widziało nam się denerwować brytyjskiej władzy to obraliśmy kurs w tył na zad i tą samą drogą zawiedzeni i zmarznięci troszkę udaliśmy się do terminala… a właściwie mieliśmy zamiar do czasu jak nie nadjechał radiowóz i przy nas zapalił swą dyskotekę. Doszło do pierwszego spotkania między kulturami. Panowie poprosili nas o dokumenciki, zapytali grzecznie co robimy tutaj i zerknęli do plecaków. W trakcie wypisywania „Stop and search record” normalnie z nami porozmawiali, zapewniali, że to co wypisują to konieczność ale bez żadnych konsekwencji. Namawiali do nauki w UK. I generalnie przyznam, że byli to najbardziej kulturalni policjanci z jakimi się spotkałem. Po zapytaniu ich jak wrócić najlepiej na terminal bo kładka zamknięta zaproponowali, że ich kolega który zjawił się innym radiowozem, nas podwiezie. I to oto podjechaliśmy jak VIP pod sam terminal.  Nie dziwi mnie, że tam mają taki szacunek dla policji, a nie jak u nas.
Spać się jakoś nie chciało więc poszliśmy na piwo i należało przeanalizować co oni tam wypisali na tych różowych blankiecikach. O jakie było nasz zdziwienie gdy w rubryce „Power Used” znalazł się numerek 44 co w wyjaśnieniach z tyłu oznaczało: „Terrorism Act”. Co jak co, ale terrorystą to ja jeszcze nie byłem.


Almost like Achmed!

Znalezienie miejsca do spania około pierwszej w nocy na ławkach było wręcz nie możliwe. Została nam kamienna posadzka i spanie na kurtkach. Ale przynajmniej był kontakt i laptop się podładował. Wokół pełno policji z groźnie wyglądającą bronią i te cholerne samochodziki do mycia podłogi. To była długa noc..


Tak się spało.


Stali bywalcy sobie radzą.

Rano po doprowadzeniu się do stanu używalności społecznej w toalecie udaliśmy się na kolejną kontrolę bezpieczeństwa. Jeden przeszedł i kazali mu wyjąć wszystko z plecaka, ja przeszedłem bez problemu, Dawid znów szokuje zdechłą krową w postaci schabowych i też wyciąga wszystko z plecaka.. szybkie sprawdzenie ściereczką i można iść. Od razu przypomniał mi się występ Jeffa Dunhama. Kto oglądał to powinien wiedzieć. Oczekiwanie na samolot odbyło się w Starbucks Coffee przy gorącej czekoladzie. Lot krótki i bez niespodzianek, wszystko punktualnie.

Dublin
Po wylądowaniu udaliśmy się na śniadanie. Typowo wyspiarskie czyli jajecznica, jakaś kiełbasa, smażone pomidory, fasolka i Bóg raczy wiedzieć co jeszcze. Później na górkę gdzie można było pocykać samoloty w miejscu przyziemienia. Domyślnie to były Ryanair i Aer Lingus… ale pojawił się Swiss, Lufthansa, Delta, American i kilka innych nie mniej ciekawych. Na prawo od terminala, przez jakąś budowę i drogi gdzie jeżdżą nie tą stroną co należy. W sumie około 40 minut spaceru ale warto było. Była okazja na przetestowanie nowego obiektywu od Zenita w moim Nikosiu. 400mm f/6.3 w pełnym manualu bez statywu zdało egzamin. Nic nie mogło uciec.

Po całkowitej straci czucia w kończynach górnych nadszedł czas odwrotu. Tym bardziej, że wszystkie ciekawsze maszyny (głównie zaoceaniczne) poleciały far, far away… Było trzeba zjeść coś w tamtejszym Fast foodzie i czekając na samolot położyliśmy się na stole w McDonalds i poszliśmy spać. Kuczu o dziwo jakoś śpiący nie był i dziwnie na nas patrzył.. tak jakby poprzednią noc przespał na ławce na Stansted. Na wolnocłówce jeszcze zakup ośmiopaka Heinekena (tego z Holandii a nie z Żywca). W końcu nadszedł czas aby wejść do naszego Boeinga 737-800 w którym całą drogę przespałem. Podobno coś rzucało i jakieś turbulencje były ale skoro się nawet przy tym nie obudziłem to znaczy, że jednak wcale nie były takie mocne.
We Wrocławiu zgodnie z czasem i samochodem udało nam się zabrać z powrotem do Lubina.. Odpoczywać przed wyprawą w następnym tygodniu. Ale o tym w innym czasie.

3 komentarzy »

Wpis #1

Cóż. Po jakimś długim planowaniu sie udało mi się założyć bloga… którego to ja osobiście zawsze byłem wrogiem. Ale wydaje mi się, że okres kiedy każda gimnazjalistka musiała mieć swego bloga przemija i ten oto twór staje się formą bardziej masowego i ciekawszego przekazu.

Zapewne będzie tak, że jak już odzyskam dostęp do serwera to bloga (tudzież bardziej portalik) postawię u siebie i będzie wyglądał tak jak chcę a nie to co mi narzuca blox.pl (a właściwie to gazeta.pl a jeszcze właściwiej to AGORA).

Główny cel strony (trzeba zaprzestać nadużywania słowa ‘blog’) to opis i relacje z odbytych i jeszcze nie odbytych podróży które zwłaszcza w roku 2009 się nasiliły za sprawą linii Ryanair (choć nie tylko).

Na początek będzie lista lotnisk docelowych w kolejności chronologicznej (nazwy sprowadzone dla jakiegoś składu do nazw angielskich po za nazwami miejscowości), tak więc:

Warszawa Okęcie – Fryderyk Chopin Airport (09.2005)

Amsterdam – Airport Schiphol (09.2005)

Atlanta – Hartsfield-Jackson International Airport (09.2005)

Wrocław Strachowice – Mikołaj Kopernik Airport (01.2009)

Weeze – Niederrhein Airport (01.2009)

Londyn – Stansted (01.2009)

Dublin – Airport (01.2009)

Stockholm – Skavsta Airport (01.2009)

Glasgow – Prestwick Airport (01.2009)

Szczecin – Airport Goleniów (03.2009)

Londyn – Luton (03.2009)

Brussels South – Charleroi Airport (06.2009)

Poznań Ławica – Henryk Wieniawski Airport

Dortmund – Wickede Airport (06.2009)

Gdańsk Rębiechowo – Lech Wałęsa Airport (09.2009)

Katowice – Pyrzowice (10.2009)

Memmingen – Allgäu Airport (10.2009)

Londyn – Stansted (10.2009)

Berlin – Schonefeld (11.2009)

Londyn – Stansted (11.2009)

I to chyba na chwilę obecną tyle. W późniejszych terminach postaram się napisać relację ze zdjęciami z każdej możliwej podróży choć raczej nie będzie chronologicznie. W zestawieniu ująłem także porty przesiadkowe bo nie znaczy, że nic ciekawego się tam nie działo :)

Polskie lotniska ograniczyłem do pojedyńczych wpisów.

Trasy moich podróży można zobaczyć tutaj:

I na dzisiaj to chyba tyle choć chyba jeszcze nikt nie wie o istnieniu tego… czegoś. :-)

Cody, 4.12.2009

7 komentarzy »

Wpis-Zero.

No i udało się. Jest dostęp do serwera więc już na swoim (jakby).

Jeszcze tylko znajdę czas na oprawę wizualną i będzie całkiem fajnie.

Tym czasem zapraszam to przeglądnięcia, tudzież przeczytania, rzeczy które powstały w następnych postach.

Pozdrawiam, Cody

Zostaw komentarz »